Veneto Project 2007.

Wywierzyska Brenty (region Veneto - północne Włochy) badamy od 2 lat.
W stosunkowo niewielkiej odległości od siebie znajdują się cztery światowej klasy jaskinie wodne: Veci, Siori, Elefante i Fontanazzi. Pierwszy etap projektu zakładał jak najdokładniejsze poznanie jaskiń Elefante i Fontanazzi. W drugim etapie szczegółowo zajmiemy się jaskiniami Veci i Siori - mamy za sobą nurkowania rekonesansowe w tych wywierzyskach. Kilka ekspedycji zaowocowało zrealizowaniem zakładanego planu. Celem tej świąteczno-noworocznej wyprawy było zbadanie najdalszych partii tych jaskiń oraz ocenę możliwości dalszej "eksploracji".

Zaowocowało to nurkowaniem w Elefante Bianco na odległość około 400m od otworu przy głębokości 122 metrów. Czas denny tego nurkowania wyniósł 30 minut a czas nurkowania ponad 3 godziny. Jasnym stało się, że istniejące plany jaskini są nieadekwatne do zastanej sytuacji. Poniżej głębokości 100m korytarz jest znacznie mniejszy oraz płaski z progami powodującymi stopniowe pogłębianie jaskini. Również istniejące oporęczowanie pozostawia wiele do życzenia. Poręczówka jest porwana, miejscami w ogóle jej nie ma a miejscami równolegle biegnie kilka poręczówek. Dalsza "eksploracja" będzie na pewno wymagała zrobienia porządku z poręczówkami.

W jaskini Fontanazzi wykonałem nurkowanie w pasażu Condotta Odissea 2001 (na głębokość 70 metrow, czas denny 70 minut, odleglość od otworu 700metrow).
Do pasażu dotarłem przez studnię Pozzo 2000, która jest całkowicie pionowa i pogłębia jaskinię o 40 metrów (z 30 do 70m głębokości). W dnie studni jest bardzo wąska szczelina o charakterze zacisku. Przejście tego zacisku daje dostęp do pasażu Condotta Odissea 2001. Biegnie on płasko na głębokości 70 metrów. Jest obszerny (szerokość 10 metrów, wysokość 4 metry). Po około 150m od studni Pozzo 2000 w stropie jaskini znajduje się pionowa szczelina, która prawdopodobnie prowadzi do studni Pozzo Finale. Cóż, nie pozostaje nic innego jak sprawdzić to podczas kolejnej ekspedycji.
Mimo bardzo niskiego stanu wody w korytarzu na odcinku Bocca dello Squalo-Incroccio Manzoni występuje prąd wciągający w głąb jaskini. Szczególnie silny prąd wciągający występuje w pasażu Laminatoio.
Obydwa nurkowania wykonałem solo ale przy ogromnym wsparciu całego zespołu.
W tym miejscu składam wielkie podziękowania dla całej drużyny X divers team.

Michał majki Winek

A teraz zapraszam do lektury relacji:  


Plany sylwestrowe jakoś się nie kleiły. Rysował się scenariusz spędzenia ostatniego dnia w roku w domu i odespania kilkunastu ostatnio "niedospanych" dni. Jednak przed Świętami zadzwonił Majki:

"Słuchaj, jedziemy do Włoch, może dołączysz? Zrobimy jakieś nury, zobaczysz prawdziwe jaskinie".

Super plan, ale trochę nierealny. dużo pracy, mało czasu, daleko, drogo, wszystko jakoś tak trochę "na wariata". Raczej nie zakładałem że się uda. Ale jak wiadomo założenia są po to, by je potem twórczo modyfikować.

Im bliżej było do ostatniego weekendu roku, tym bardziej rosła we mnie determinacja by jednak zrobić coś niepospolitego. W Święta podjąłem decyzję - jadę do Włoch, chrzanię racjonalne przesłanki. Co z tego że daleko? Co z tego że tylko na dwa dni? Jeżeli nie teraz to kiedy?

Czasu było niewiele, po powrocie ze Świąt miałem dwa dni by zająć się całą logistyką, podogrywać wszystko w robocie i łapać azymut na Valstagne.

Wioząc bagażnik butli do ładowania odebrałem sms od Majkiego:

M:"Przyjedziesz? Warunki są super, bardzo niski stan wody. Pier... mega nura w EB"

K:"Przyjadę :). Jak bardzo mega?"

M:"Bardzo :) 122m, BT=30min"

Ooooo żesz. takie info to jak wiatr w żagle. Nie ma odwrotu.

Viva Italia!

W piątek dwoiłem się i troiłem w pracy by wyrobić się z wszystkim przed wyjazdem. Przy pierwszej nadarzającej się szansie wypad z pracy, po drodze wymiana kaski, odebranie butli z centrum nurkowego i rejterada z Warszawy przed apogeum korków. Fajnie. teraz zostało "tylko" 1500km za kółkiem.

Jechało się dobrze. Za dobrze. Odpowiednio dobrana muzyka, wiadro kawy, zgrzewka napojów energetyzujacych i mnóstwo entuzjazmu dawały nadzieję, że dotrę na miejsce w jednym kawałku. Do granicy dojechałem ostrożnie acz sprawnie, by po raz pierwszy skorzystać z nowych przepisów granicznych. strasznie dziwne uczucie: dojeżdżasz do przejścia, niby wszystko jak kilka miesięcy temu, tylko zupełnie bezludnie. Zwalniam, przejeżdżam przez granicę mimowolnie kuląc się w oczekiwaniu aż ktoś otworzy za mną ogień z broni automatycznej. nic takiego się nie stało. Europa, nie pogadasz :-)

Spokojnie nawijałem kolejne km na koła, gdy na chwilę zawiodła mnie koncentracja...

Znienacka zaatakował mnie zakręt, który zupełnie nie dopasował się do warunków panujących na drodze i prędkości z jaką jechałem. Ostre hamowanie, ale za późno. pośślizzzzzzzzzzzzzggggg. jebudu! jebudu!

Cudem zmieściłem się w drodze, mijając się o włos z rowem, ale zdążyłem przeskoczyć dwa wybetonowane dojazdy z dróg bocznych. No to, k., pięknie. Pewnie nie mam opon i zawieszenia. Za to mam spierd. weekend.

Wysiadłem z auta lekko zdezorientowany, bojąc się co zastanę. Okazało się ze stoi na kołach, nic nie wycieka, silnik mruczy. Chwila zadumy. wracać czy jechać dalej?

Reszta drogi do Italii przebiegła bez większych sensacji. Strasznie biła mi kierownica, ale byłem za daleko by się wycofać do Polski. Niestety okazało się że nie wyszedłem bez szwanku (poszła się walić felga i dwie opony, ale to dopiero w Polsce powiedział mi mechanik).

Red Bull ciekł mi uszami, na widok kawy dostawałem nerwowego tiku, ale w końcu udało mi się dotrzeć do Valstagny.

Valstagna jest niesamowicie malownicza (pejzaże jak z Władcy Pierścieni?), gdzie indziej niż we Włoszech może być takie miejsce? Dolina, dnem której płynie Brenta, do brzegu przytulone miasteczko z wąskimi uliczkami, a nad tym wszystkim wznoszą się górskie zbocza. To co nas interesowało, znajduje się u ich podnóża: wywierzyska EB i Fontanazzi niosą wody spływające z gór i zasilają nimi Brentę. Tym razem przyroda była dla nas łaskawa - nie niosły tej wody tak wiele, co pozwoliło uniknąć silnych prądów i przygód, jakich doświadczał Ryś na jednej z poprzednich wypraw (o czym do dzisiaj opowiadają mieszkańcy ściszając konspiracyjnie głos i dla potwierdzenia wagi swych słów kiwając głowami). Ale to inna historia, którą przeczytać można w jednej z wcześniejszych relacji. Polecam.

Szybka wymiana sms i po 30 minutach dołączył do mnie Majki, wracający z nurkowań w niedalekim jeziorze Garda. Jak na ludzi czynu przystało, przywitaliśmy się serdecznie aczkolwiek sprawnie i uznaliśmy że trzeba coś robić z tak pięknie rozpoczętym dniem. realizujemy plan: Elefante Bianco. Moja pierwsze duża jaskinia!

Pierwsze danie - Elefante Bianco

Do EB człapie się z parkingu, między domami i krzewami winorośli. nagle z gąszczu w dole wyłania się jeziorko pełne szmaragdowej (to oznacza "zielonej", prawda? Jak na faceta przystało posługuję się podstawowymi kolorami, ale to określenie brzmi bardziej literacko) i bardzo przejrzystej wody. Jak by zapraszało by w nim zanurkować. Zapraszało bardzo skutecznie. Trudności transportowe są niewielkie, po prostu targając sprzęt trzeba zachować skoczność kozicy połączoną z ostrożnością świstaka i będzie ok.

Znosimy na kilka razy graty (każdy z nas nurkuje w twinie + dwie butle boczne). Majki wyjaśnia mi czego się spodziewać, ubieramy się i ładujemy do wody.



Jeziorko Elefante

Jestem oczarowany jeziorkiem, woda jest niesamowicie przejrzysta. Po "bubble check" zanurzamy się, odnajdujemy poręczówkę i kierujemy się do wnętrza jaskini. Jest piękna, jest przeogromna, jest czymś czego dotąd nie widziałem. Czy tego się spodziewałem? Nie wiem, to coś tak nowego że nie wiem czego się spodziewałem. Jestem zachwycony.



Elefante

Strzelając wokół oczyma płynę za Majkim, który wcielił się w rolę mojego przewodnika. Zostawiamy przy poręczówce depozyt z Nx50 i dalej zagłębiamy się w jaskinię. W dolnych partiach woda jest nieco mniej przejrzysta. ale nadal świetna. Docieramy do studni, opadamy na 50m, Majki robi jump'a od głównej poręczówki i opływamy wokół studnię. Potem zwiedzamy górne partie jaskini, świetny jest odcinek, gdzie wpływając w szczelinę wypływa się w studni (50 metrów w pionie w dół). Cieszę się jak dziecko.



Majki po nurkowaniu


EB zdaje się być prosta nawigacyjnie, ale tu też się da zabłądzić. Może być mylącym fakt, że z górnych partii trzeba dość mocno się zanurzyć (z 30 do 40 metrów) by dotrzeć do poręczówki prowadzącej do wyjścia. Niby to oczywiste, ale w sytuacji stresowej sądzę że mogłoby to spowodować dezorientację.



Kris w Elefante

No, pobawiliśmy się, czas wracać do strefy cavern. W pewnym momencie Majki sygnalizuje mi, by zasłonić latarkę i spojrzeć przed siebie. widok jest powalający, idealny temat zdjęciowy: przed oczyma z czerni jaskini wyłania się błękitny trójkąt wejścia. Jak okładka kalendarza. Z głębokości 30 metrów bardzo wyraźnie widać drzewa rosnące wokół wywierzyska.

Czas denny minął błyskawicznie, przed nami jeszcze ok. 20(?) min deco w strefie cavern i w jeziorku. Po drodze podnosimy butle z nitroxem, przepinamy się na 21m i robimy tę nudniejszą część akcji.  Na tym nurkowaniu osiągnęliśmy gł. 51m, czas denny wyniósł 40 minut.

Warto było tłuc się te 1,5tys km by zobaczyć
Elefante Bianco. Zdecydowanie warto. Dociera do mnie że zrobiłem swoje kolejne najlepsze nurkowanie. A to dopiero początek naszej akcji w Veneto.

Dopiero po zaniesieniu szpeju na górę zaczynam odczuwać zmęczenie podróżą. Zaczyna się robić szarówka, pakujemy się do aut i zmierzamy do centrum nurkowego Sabriny Ferronato - BLUE-DEEP by dobić twiny (ciekawostka: Sabrina za bicie twina 2x10 bierze 1/3 tego co warszawskie centra. 3 euro za dowolny zestaw dwubutlowy. I jakoś wychodzi na swoje).

W drodze powrotnej zakupy, potem wynajdujemy parking, który będzie naszym domem na tę noc. W V-klasie Majkiego jemy kolację i planujemy następny dzień. Fontanazzi - wg. Majkiego jedna z najpiękniejszych, jeżeli nie najpiękniejsza, jaskinia Europy. Stosunkowo umiarkowanie uczęszczana - z racji problemów na wejściu. Piękna. Labiryntowa. Miejscami bardzo głęboka. Kilometry korytarzy. Oglądam plany i widzę że jest się gdzie gubić. Chcemy przepłynąć głównym ciągiem do studni Pozzo Finale i wrócić tą samą drogą. Bity kilometr pod stropem.

Posiliwszy się, udaję się do łóżka, które na czas tej wyprawy stanowi tylne siedzenie mojej Ave. Nora trolla jaskiniowego :) Zasypianie ułatwiam sobie wizualizując jutrzejsze nurkowanie. jak się okazuje ułatwiać za bardzo nie muszę. Sądzę że w ciągu minuty od zapakowania się w śpiwór śpię. Zmęczenie drogą w końcu dało znać o sobie.

Danie główne - Fontanazzi

Po nocy spędzonej na tylnym siedzeniu z radością gramolę się ze śpiwora. Radość zostaje lekko schłodzona temperaturą na zewnątrz, więc rączym kłusem wbijam się do V-klasy gdzie jest ciepło i dają jeść :)

Posiłek, powtarzamy plan i klarujemy graty. Wkładam nowe accu do zasobnika latarki i. o kurwa, pożar! Siwy dym, smród, pożoga. no dobra, ognia nie było, ale walnęło jak ze świecy dymnej. Wyrzuciłem szybko akumulator na żwir parkingu gasząc pożar w zarodku. Źle zlutowane przewody, zwarcie ogniw i mamy kłopot gotowy. Zostałem zatem z połową accu po wczorajszym nurze, bo zapas właśnie leży smętnie i unosi się nad nim dymek. Kolejne 10 minut spędziłem na kolanach szukając wtyczki od Halcyona, bo amerykanie nie mogą użyć typowej złączki. No to przygodę na dzisiaj mamy zaliczoną.

Po pokonaniu kilku kilometrów jesteśmy na miejscu. Okazuje się że na miejscu są już dwie ekipy włoskie. Jedna w jaskini, druga się przygotowuje. Ustawiamy się kolejce :-), transportujemy graty do wejścia. Majki nawiązuje rozmowę z parą Włochów. Po chwili schodząc kolejny raz na dół z porcją sprzętu widzę jak mu się micha cieszy :-) Okazuje się że udało nam się spotkać członka GGG, to ICH jaskinia, ONI ją eksplorują (co należy uszanować) i ONI wiedzą o niej najwięcej. I dzielą się tą wiedzą, co widzę na planie Majkiego który w stosunku do tego co jest na stronach w necie wzbogacił się o nowy kawałek naszkicowany ołówkiem - nie opublikowany. Uprzedzając pytania potencjalnych zainteresowanych: to bardzo daleko i baaaardzo głęboko.



Kris w Fontanazzi

Przy okazji twórczo modyfikujemy plan, nie pójdziemy głównym ciągiem do Pozzo Finale, ale odbijamy sukcesywnie w prawo,  po drodze zahaczając o studnie Pozzo 2000 i zdejmując markery pozostawione wcześniej przez Majkiego (prośba naszego włoskiego przyjaciela, to jego cyrk i jego zabawki, szanujemy to).



Chwila skupienia przed kilkugodzinnym nurkowaniem

Włoska para puszcza nas przodem, oni kończą swoją akcję. W międzyczasie wyszła poprzednia grupa - Fontanazzi pozostaje do naszej wyłącznej dyspozycji. Z twinem i dwoma bokami dopływamy w szczeliny prowadzącej w głąb i napieramy.
Majki przodem, bo zna drogę. Ja za nim, turysta :-)



Fontanazzi

Na 6m deponujemy tlen na wiszącej tam smyczy. Druga butla boczna w łapę. Opadamy niżej. Szczelina ok. 40cm wysokości, następnie studzienka pokonywana "na główkę" - butla boczna przodem jak skuter, reszta nurka za nią. Kolejna szczelina ok. 40cm. Kolejna studnia, tym razem śladem Majkiego włażę w nią nogami w dół, butlę ciągnąc nad głową w wyciągniętej ręce. Trzeba odpowiednio ułożyć ręce i ciało aby nie zaklinować się w tej studzience. Składam się tak by nogami trafić w kolejną szczelinę i jesteśmy na 18m.

Tu mała dygresja: mój opis nie oddaje dramatyzmu miejsca, brak mi środków wyrazu. We wcześniejszych relacjach XDivers możecie poczytać wrażenia z tego przejścia. Tam jest naprawdę ciasno, a co najważniejsze droga nie jest jednoznaczna. Można zmylić szczelinę i wbić się w zacisk. Nie ma możliwości poręczowania - jest na tyle ciasno że byście się zaplątali w poręczówkę, bez możliwości wycięcia się. Zatem albo się zna drogę, albo ma szczęście i jaja ze stali, albo po prostu jest się "fucked up". To właśnie wejście sprawia że ta jaskinia nie jest masowo odwiedzana, wiele osób kończy jej eksplorację właśnie na etapie wejścia.

Jesteśmy na dole. Fontanazzi prezentuje się nam w całej krasie. Z wąskich zacisków gdzie twoja droga ogranicza się do następnego pół metra i niewiadomej - co dalej nagle przeciskasz się do bardzo obszernego korytarza z baaaaardzo czystą wodą. Wyrąbiste miejsce :-)

Ruszamy korytarzem, ja z przodu, za mną Majki swoim 50W HIDem Gralmarine oświetlający korytarz daleko do przodu. Płyniemy korytarzem głównym, na skrzyżowaniu odbijamy w prawo. Przy każdym skrzyżowaniu (mamy ich po drodze trzy, każdy marker potwierdzamy sobie światłem).

Korytarz wiedzie to w górę to w dół (nurkowanie jo-jo). Dla mnie niesamowity jest fakt jak zmienia się krajobraz. To nie tak że płynie się ciągle identycznym korytarzem. Miejscami spąg jest pokryty odłamkami skał, w innym pofalowanym piaskiem niczym dno morskie. Strop miejscami jest równomierny, ale w końcu dopływamy do miejsca zwanego Bocca dello Squallo ("Paszcza rekina"). Nazwa od razu jest jasna, strop ma formę trójkątnych kawałków skały w kształcie wspomnianych zębów, zębów bardzo ostrych (czego dowodzą ślady na moim twinie :-)). Płynąc dalej raczę oczy widokami, docieramy do kolejnego zakrętu i nagle zaczyna mi się bardzo lekko płynąć. Oddalam się od Majkiego. Tak, to wciągający prąd. Woda robi się jeszcze bardziej  czysta i jest przepięknie. Zatrzymuję się, Majki dopływa do mnie, jeszcze kawałek i jesteśmy na końcu korytarza, ok. pół kilometra od wejścia. Zawracamy i teraz już trzeba włożyć trochę wysiłku w płynięcie. Na szczęście prąd nie jest na tyle silny by powodowało to znacząco zwiększony wysiłek. Ale podciąganie było o wiele skuteczniejsze od machania płetwami.

W drodze powrotnej zaglądamy do studni Pozzo 2000. Słowo studnia idealnie opisuje to miejsce (z opowieści Majkiego wiem że nie do końca to pasuje to do Pozzo Finale - to pionowa bardzo ciasna szczelina w skale), tu mamy do dyspozycji wielką dziurę opadającą kilkadziesiąt metrów w głąb. Nie tym razem. ale jeszcze tu wrócę. Z innymi gazami i innym planem. Może niedługo?

Wracamy do skrzyżowania, Majki zdejmuje swój marker, kierujemy się do głównego ciągu. W głównym ciągu (60 minuta nurkowania, gł max = 38m, gł avg  = 20m) kierujemy się w stronę wyjścia, usuwając ostatni marker. Mój HID kończy żywot, pozostają dwie latarki backupowe, ale w zasadzie HID Majkiego załatwia sprawę, moich światełek i tak nie widać w tym potoku światła.

Mijamy leżące na spągu potężne kawałki skały. Widać po nich, że nie leżą tu od wieków, oderwały się całkiem niedawno od stropu (pisząc niedawno mam na myśli okres lat nie dziesiątków lat). Podobnie w trakcie drogi widać było miejsca, gdzie poręczówka była przywalona głazem - nikt jej tam nie włożył. Ta jaskinia żyje. Teoretycznie jest szansa że kawał skały zwali się kiedyś komuś na łeb. Na szczęście znikoma :-)



Majki


Pierwsze wrażenia

W 70 minucie docieramy do wyjścia (tzn. do szczelin). Majki rusza przodem wskazując wyjście, ja trochę zamarudziłem klarując stejdża. Po chwili ruszam, szczelina, studzienka. zacisk. Nie mogę się wbić w studzienkę. Wycofuję się, ponowna próba, znowu się klinuję. Zostawiam trzymaną w ręce butlę w korytarzyku, wycofuję się i widzę że Majki pokazuje mi studzienkę obok. Właśnie taka jest Fontanazzi, mała pomyłka i klinujesz się w zacisku. Ten wskazany przez Majkiego pokonuję bez problemu. Na 9m leżąc na wąskiej półeczce robimy przystanek deco, oglądając przy okazji magazynek amunicji. Pływalnością nie trzeba się przejmować, leżysz na półce a plecy dotykają stropu. Odbijamy do góry, bierzemy zdeponowany tlen i przez kolejne 20 minut telepiemy się z zimna (tzn. ja się telepię) na 6m. A potem już szampan, hostessy, wiwaty rozentuzjazmowanego tłumu. no nie do końca, ale serdeczne gratulacje od Majkiego otrzymuję siedząc jeszcze w wodzie. Moje pierwsze 1000+ pod stropem!!! W  najfajniejszej, zdaniem mojego druha, jaskini w Europie. Widziałem za mało by wartościować, ale wiem że ciężko będzie ją przebić. A jednocześnie wiem że widziałem jedynie niewielki fragment odkrytej całości. A ile jest jeszcze nie odkryte? Ta aura tajemnicy jest niesamowita, bo już oczyma duszy widzę że to co znamy, to być może jedynie mały fragment całości.



Przed wynurzeniem



Gratulacje dla Krisa



Wspinaczka po nurkowaniu

Deser - Astico

Po sklarowaniu sprzętu decydujemy się jeszcze dzisiaj udać się do ostatniego punktu wyprawy: górska rzeka Astico. Coś co Majki wynalazł w necie, określając mianem "jaskini bez stropu". Ja jestem tak zaaferowany Fontanazzi że nie ukrywam iż słucham troszkę jednym uchem. Ale już w pełni świadomie decydujemy że ruszamy jeszcze dzisiaj, by dotrzeć na miejsce wieczorem i mieć czas na ewentualne szukanie miejsca jutro rano (w poniedziałek sylwestrowy ruszamy do domu, zaraz po nurkowaniu).



Torrente Astico

Szczęśliwie docieramy na miejsce, stajemy na parkingu, w dole słychać szum wody i ani żywej duszy wokół (niedziela, późna pora). Zakładamy czołówki i ruszamy na rekonesans. W świetle wody widzimy wąską rzekę, miejscami rwącą, miejscami spokojną. Woda w świetle latarki ma powalającą przejrzystość, światło czołówki przebija się do dna przy kilku metrach głębokości. Nad wodą wznoszą się strome kilkumetrowe pionowe ściany skalne. Znajdujemy optymalne zejście, skąd jutro planujemy ruszyć. Opracowujemy trasę, kolacyjka i wskakuję do auta. Zasypiam chyba jeszcze w trakcie zapinania zamka od śpiwora.



Niesamowity klimat Astico

Rano krótki rekonesans dla potwierdzenia wczorajszych spostrzeżeń. Woda za dnia robi jeszcze większe wrażenie. Jest krystalicznie czysta, widać pływające przy dnie ryby. Zatem realizujemy wcześniejszy plan: zniesienie gratów na dół (robimy to nurkowanie na resztkach gazów z poprzednich nurkowań, zatem każdy z nas ma twina + butlę boczną, co jest dość ciekawym widokiem biorąc pod uwagę że tam jest maksimum 10m :-)).


Bystrza Astico

Pierwszy fragment pokonujemy pod prąd, który na szczęście nie jest zbyt silny. To nurkowanie jest zupełnie inne od tych które robiłem wcześniej, nie bardzo da się je wartościować. Krystaliczna woda, stada pstrągów i łososi, skała wymyta wartkim strumieniem wody tworzy nawisy i zagłębienia. Niesamowite wrażenie. Oczywiście pokonując jeden z progów piechotą zaliczyłem upadek z twinem na plecach, skończyło się na szczęście na lekko zbitym kolanie. Kolejny próg chciałem obejść lądem, ale Majki stwierdził że pokona go wodą. W takim razie ja też. Przesunąłem się za krawędź progu i zaczął się canioning :-) Próbowałem się łapać kamieni, ale były śliskie, zlatywaliśmy strumieniem odbijając się od kamieni, modląc się o to by zachować się całości i nie potracić latarek, zaworów i innych zabawek. Ale opatrzność czuwa nad szaleńcami. Po chwili byliśmy już w spokojnej wodzie, bez strat i obrażeń. Było ostro :-)



Kris w Astico

Wolno pokonaliśmy ostatni fragment jaki planowaliśmy przepłynąć i wygramoliliśmy się na brzeg. Na brzegu spotkaliśmy grupę Włochów świętujących tym nurkowaniem zakończenie sezonu. Oni wchodzą, my wyłazimy. Pakowanie gratów zajęło nam tyle czasu (o mało nie zapomniałem twina z workiem i płytą, dzięki za przypomnienie, hehe) że zdążyli wyjść zanim myśmy się zebrali. Strasznie mili ludzie, zaprosili nas na poczęstunek, uraczyli winem i ciasteczkami, trochę sobie pogadaliśmy, życzyliśmy "Hapi niu jir"  i ruszyliśmy w podróż do domu.



Astico

Wyprawę uważam za mega udaną. Zrobiłem na niej trzy kapitalne, zupełnie różne nurkowania. Po raz pierwszy nurkowałem w "prawdziwych" jaskiniach. Zrobiłem ten pierwszy 1000+. Popływałem w górskiej rzece i walczyłem o życie :-) w rwącym strumieniu. Spędziłem czas w doborowym towarzystwie. Takie drobiazgi jak masakryczna podróż (jechaliście kiedyś sami w aucie 1500km praktycznie non-stop?) czy uszkodzenie auta nic tu nie zmieniają. Chcę znowu do Italii!

Tekst:Kris