Tu byłem, Majki - FRANCJA 2009

 


Większość turystów nie zdaje sobie sprawy co sie kryje na dnie tej dolinki

Trzymając prawą dłonią poręczówkę, płynąłem w ciemności, marząc by wreszcie zobaczyć ciemnozieloną poświatę wyjścia z jaskini. Mogłoby się wydawać, że wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle, ale to nieprawda - na przedramieniu czułem chwyt Roberta i byłem pewny, że jego trzyma Margita. Zespół był więc w komplecie i stopniowo, metr po metrze zbliżał się do końca tego podwodnego koszmaru. Osłaniałem się lewym ramieniem przed uderzeniami o bloki skalne leżące w kompletnym chaosie na spągu jaskini Emergence du Ressel i pracowałem płetwami, by jak najszybciej dotrzeć do wyjścia. Nie mogłem jednak za bardzo napierać, bo poręczówka często niknęła w wąskich przejściach pod skałami, no i musiałem uważać, by nie stracić kontaktu z Robertem, który nie dość, że płynął bez maski, to jeszcze oddychał z mojego automatu głównego i nie chciałem jakimś przypadkowym szarpnięciem zostawić go w ciemności bez powietrza. Co prawda Margita powinna być tuż za nim, ale za wiele awarii przydarzyło się nam podczas tego feralnego nurkowania, by prowokować następne.


Zespół nurków jaskiniowych przed akcją

Co ciekawe, przed zanurzeniem dopełniliśmy wszystkich procedur wpojonych nam przez Majkiego podczas kursu jaskiniowego - zaplanowaliśmy to nurkowanie,  no i sprawdziliśmy działanie każdego elementu sprzętu własnego i partnerów nie wykrywając żadnych problemów. Po wpłynięciu do Ressel podążaliśmy zgodnie z planem w kierunku pierwszego skrzyżowania znajdującego około 180 metrów od otworu wejściowego, gdy jaskinia zaczęła płatać nam pierwsze psikusy. Zaczęło się od mojego kołowrotka, w którym chyba poluzowała się śruba blokująca, bo rozwinąłem kilka metrów linki, nim spostrzegłem, że pętla na jej końcu zaczepiła się o jakąś wystającą skałę. Potem podobny problem z kołowrotkiem miała Margita, a gdy pracowała nad opanowaniem sytuacji, Robertowi zgasło światło główne. Ponieważ mieliśmy jeszcze w zespole dwa światła główne i komplet zapasowych, nie przerwałem nurkowania i płynęliśmy dalej w głąb jaskini. Nagle zauważyłem, że zgubiłem jedną z latarek zapasowych. Cholera! Po sprawdzeniu sprzętu musiałem ją za słabo ustabilizować gumkami, a odpinając światło główne niechcąco również odpiąć karabińczyk zapasu, co doprowadziło do tego, że latarka w końcu wysunęła się z gum trzymających ją przy uprzęży. Zresztą, nie było czasu na zastanawianie się, co i dlaczego się stało - prowadziłem zespół nurków w jaskini, a nasza sytuacja zaczęła się zmieniać zbyt szybko, by pozwolić sobie na niepotrzebne zawracanie głowy. Wróciłem, więc do konkretów, czyli sprawdziłem kontakt z poręczówką, zespołem i ciśnienie w butlach. Wiedziałem, że za chwilę dopłyniemy do skrzyżowania i miałem nadzieję, że po wpłynięciu w lewy korytarz uda nam się jednak dopłynąć przynajmniej do pierwszej, płytkiej studni znajdującej się około 320 metrów od otworu. Nie udało się...


Superwytrzymały skafander VIKING to doskonaly sprzęt jaskiniowy

Choć wkrótce zobaczyłem na poręczówce strzałkę wskazującą zbliżające się skrzyżowanie, a chwilę później potwierdziliśmy, że płyniemy dalej lewym korytarzem, to tuż po wpłynięciu w ten korytarz zobaczyłem gwałtowny sygnał świetlny. Odwróciłem się od razu chwytając prawą ręką za wąż przy swoim głównym automacie, ale sygnalizowany problem nie polegał na braku gazu, lecz braku światła, a konkretnie brakach światła. Zarówno Robert, jak i Margita pokazywali, że coś jest nie tak i po chwili wiedzieliśmy, że już tylko mnie zostały dwa źródła światła. Kciuki poszły w górę i zawróciliśmy w kierunku wyjścia. Przed nami była w miarę prosta droga wzdłuż prawej ściany szerokiego tunelu, jakim w tej części jest jaskinia Ressel. W drodze powrotnej nasz zespół prowadził Robert, a ja płynąłem jako ostatni. Ponieważ tylko mnie pozostał działający HID, starałem się tak nim świecić, żeby pozostali nurkowie z tego korzystali, nic więc dziwnego, że błyskawicznie zorientowali się, gdy zgasł. Ładowałem akumulator przez całą noc, a rano na ładowarce paliła się zielona lampka potwierdzająca, że jest naładowany, więc pewnie zasobnik się zalał. Cholera! Włączyłem pozostały mi zapas, przypiąłem HIDa do uprzęży i dużo słabszym LEDem dałem znak, że możemy płynąć dalej. Nie upłynęliśmy daleko, gdy straciłem maskę. Nie mam pojęcia, co się stało, pewnie pękł gumowy pasek, w każdym razie zacząłem szybko machać światłem, by zwrócić uwagę partnerów, a prawą ręką chwyciłem poręczówkę. Wiedziałem, że beze mnie nie odpłyną, ale gdybym jednak został sam, ta napięta linka była wszystkim, co łączyło mnie z otwartą wodą. Wolałem więc mocno ją trzymać i mieć pewność, że głowę mam zwróconą we właściwym kierunku, bo wycieczka w głąb jaskini nie byłaby teraz najlepszym pomysłem. Zespół zjawił się nim zdążyłem wyjąć z kieszeni skafandra zapasową maskę i gdy już ją założyłem potwierdziliśmy, że wszystko jest OK., choć przecież już od dawna ewidentnie nie było, i znów skierowaliśmy się ku wyjściu.


Zestaw 2x20 dopełnia konfigurację...

Robert prowadził w dobrym tempie, które nie powodowało zadyszki, ale sprawiało, że dość sprawnie posuwaliśmy się do przodu. Trwało to do momentu, gdy nagle się zatrzymał i odwrócił pokazując brak gazu. Margita zareagowała błyskawicznie, ale ja popełniłem błąd i zamiast pozwolić jej pomóc Robertowi, odruchowo zamachałem światłem w odpowiedzi na znaki Roberta. Margita zatrzymała się na moment, co wcale mnie nie zdziwiło, bo dwóch nurków sygnalizujących w tym samym czasie problem to niezłe wyzwanie dla jaskiniowego nurka-ratownika. Rzuciłem sobie w myślach kilka "ciepłych" słów i mocno dałem z płetwy w kierunku Roberta, by podzielić się z nim gazem. Gdy nasz dotychczasowy prowadzący miał już w ustach mój automat, poświęciliśmy chwilę na opanowanie zamieszania, kontrolę gazów i zmianę szyku. Znów znalazłem się na czele zespołu, który tym razem zamykała Margita. Gdy po kilku metrach zobaczyłem pod sobą gwałtowny sygnał świetlny przebiegła mi przez głowę wątpliwość, czy damy radę w tych warunkach płynąć dalej w trójkę dzieląc się moim gazem, bo sadziłem, że to nasza partnerka właśnie straciła powietrze. Na szczęście, dość względne, ale jednak szczęście, to Robert stracił maskę. Problem polegał na tym, że w wyniku wcześniej zaistniałych okoliczności ja płynąłem w jego masce zapasowej, a i Margita również korzystała już ze swojego zapasu. Robertowi pozostało więc płynięcie bez maski, co mogło się wydawać dość niefortunne, ale woda na szczęście miała 13 stopni ciepła, a poza tym chwilę później wysiadły nam pozostałe światła i w ten sposób wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji wymacywania drogi do wyjścia.


Niepozorna kałuża a w niej jedna z piękniejszych francuskich jaskiń...

Trzymając prawą dłonią poręczówkę, płynąłem w ciemności, marząc by wreszcie zobaczyć ciemnozieloną poświatę wyjścia z jaskini. Wiedziałem, że już niedaleko, odległość szacowałem na około 60-70 metrów, ale wiedziałem też, że nie będzie to łatwa droga. Płynąc cały czas w kontakcie z poręczówką i sobą nawzajem pokonywaliśmy topograficzne niewygody związane ze sposobem poprowadzenia stałej poręczówki w tej części jaskini. Linka co rusz prowadziła nas w powstałe z sąsiadujących bloków skalnych wąskie przejścia, które niełatwo było pokonać we troje po omacku. Parliśmy jednak do przodu i w końcu zobaczyłem, że otaczająca nas czerń gdzieś z przodu zmienia się powoli w ciemną zieleń. Zastanawiałem się, co złego może nas jeszcze spotkać, co jeszcze może pójść nie tak w momencie, gdy jesteśmy już tak blisko wyjścia? Na szczęście plama zieleni stawała się coraz większa i coraz jaśniejsza, aż w końcu zacząłem rozróżniać kształty skał wokół siebie. Otwór był tuż, tuż i wyglądało na to, że jednak nam się uda. Poręczówkę trzymaliśmy do samego końca, nawet, gdy rozproszone w wodzie promienie słoneczne zaczęły nas oślepiać. Daliśmy radę. Wyszliśmy z jaskini. Przeżyliśmy. Wszyscy.


Nurek jaskiniowy wyłania się z ciemności

W tzw. jeziorku wejściowym do Ressel czekał na nas Majki i wyglądał na całkiem zadowolonego. Myślę, że wszyscy byliśmy cholernie zadowoleni, bo właśnie zaliczyliśmy finałowe nurkowanie kursu jaskiniowego, na który przyjechaliśmy do Francji. To był ostatni dzień naszych zmagań kursowych i nurkowanie, od którego zależało, czy uzyskamy zaliczenie, czy też nie. Opcja "nie" wcale nie była mocno hipotetyczna, ponieważ nie z każdego z wcześniejszych zanurzeń wracaliśmy żywi. Zmęczenie i rozkojarzenie czasem brało górę nad myśleniem i opanowaniem sytuacji, w rezultacie czego popełnialiśmy błędy. Śmiertelne błędy. Tym bardziej cieszyliśmy się, że to finałowe i chyba nie tylko dla mnie początkowo stresujące nurkowanie, tak się udało. W ciągu ciągnących się w nieskończoność pięćdziesięciu jeden minut w jaskini tak mocno, jak nigdy dotąd poczułem, jaką siłą jest mocny, zgrany, zmotywowany i wyspany zespół. Przed zanurzeniem wszyscy byliśmy zdeterminowani, by pokazać, na co nas stać i jeszcze w trakcie wspólnego planowania tego nurkowania i odprawy przed nim nerwy odpuściły i na spokojnie mogliśmy uzgodnić plan i przygotować się do jego realizacji. Wytyczne Majkiego były proste: stanowicie autonomiczny zespół nurków jaskiniowych, zaplanujcie i wykonajcie takie nurkowanie, jakie chcecie. Dobrze wiedzieliśmy, że w rzeczywistości oznacza to: zaplanujcie i wykonajcie takie nurkowanie, jakie chcecie oraz bądźcie gotowi na to, że wiele rzeczy będzie chciało się wam wymknąć spod kontroli. No i wymykało się, gdy Majki na skuterze wyłaniał się nagle z ciemności i działał jako podwodny element chaosu. Jednak opanowaliśmy to, co mogliśmy opanować i wróciliśmy na powierzchnię. Już dawno wynurzenie nie było tak przyjemne.


Skupienie przed zanurzeniem

Cała jaskiniowa przygoda zaczęła się kilka dni wcześniej, gdy spotkaliśmy się na kempingu w Marcilhac-sur-cele. Na miejscu byli już Majki, Margita i Robert, a ja ciąłem po francuskich autostradach z Waldkiem, kolegą, który na kurs do Majkiego przyjechał aż ze Szwecji. Gdy byliśmy około godziny drogi od celu zacząłem intensywnie sms-ować z naszym instruktorem na temat planów na resztę dnia i gdy pojawiła się wiadomość "Woda w jaskini jest super! Chcecie dziś zanurkować?" odpowiedź mogła być tylko jedna. W ten sposób późnym popołudniem znaleźliśmy się na szosie przy jaskini Emergence du Ressel i zaparkowaliśmy w rzędzie samochodów z polskimi rejestracjami. W tym samym czasie w rejonie Lot operowały przynajmniej cztery polskie ekipy nurkowe, więc regularnie widywaliśmy znajome twarze nurków, dla których przejechanie ponad dwóch tysięcy kilometrów samochodami niemal trzeszczącymi od wypełniającego je ciężkiego sprzętu, to niewielka cena w porównaniu z czekającą ich we Francji przygodą.

Moje pierwsze nurkowanie w takiej "prawdziwej" jaskini, czyli nie w kilkudziesięciometrowej polskiej sztolni, trwało godzinę i szczerze mówiąc, niewiele tej jaskini zobaczyłem. Owszem, widoczność była super, a latarki dziarsko świeciły, ale Majki zaplanował szereg ćwiczeń, które nie pozwalały na podwodną turystykę. Mimo, że nurkowanie prowadziła Margita, to nie pozwoliłem sobie na wakacyjny luz i zamiast oglądać fascynujące kształty skał jaskini Ressel, uparcie oświetlałem poręczówkę i pilnowałem kontaktu z zespołem. Oczywiście, nie wszystko poszło dobrze, ale to było nasze pierwsze zespołowe nurkowanie i miałem po nim bardzo pozytywne nastawienie na kolejne. Może jeszcze nie współdziałaliśmy instynktownie, ale zdecydowanie byliśmy nurkowo kompatybilni i podczas kolejnych zanurzeń kompatybilność tę rozwijaliśmy pod czujnym okiem naszego instruktora, który nieubłaganie wplatał w nasze podwodne akcje różne elementy chaosu. Czasem ten chaos nas prowadził tam, dokąd wcale nie mieliśmy ochoty iść, a czasem opanowywaliśmy go i z zadowoleniem braliśmy się za kolejne ćwiczenia.Podczas naszych treningowych nurkowań zwiedziliśmy jaskinie, które znałem z relacji i filmów zamieszczanych w Internecie. Source de Landenouse, Gouffre de Cabouy, Fontaine de St. Georges to miejsca fascynujące i bardzo różnorodne. Source de Landenouse to jasknia, do której wejście znajduje się w wielkiej, kwadratowej murowanej studni. Stan wody w tej studni waha się w zależności od pory roku, a że my trafiliśmy na porę wyjątkowo suchą, to mieliśmy do wyboru zejście po pionowej, niezbyt stabilnej drabinie lub skok w sprzęcie z wysokości dobrych kilku metrów. Rozsądek zwyciężył, ale gdy następnym razem będzie z metr wody więcej, to skaczę :) Wszystkim bardzo podobała się jaskinia Fontaine de St. Georges, bo choć nie trafiliśmy na rewelacyjną widoczność, to stromo opadający do 30 metrów głębokości szeroki, ale dość niski korytarz był ciekawą odmianą od "tunelowego" Ressel. Co prawda, dalej ta jaskinia również ma również kilka metrów średnicy, ale właśnie to miejscami ciasne wejście, w którym nie w każdym miejscu da się łatwo przepłynąć stanowiło zapowiedź "prawdziwego" jaskiniowego przeciskania.

Warto dodać, że w drodze do jaskini Gouffre de Cabouy niektórzy z nas po raz pierwszy zobaczyli miasteczko Rocamadour. Miało już ono ustaloną renomę miejsca, w którym "nawet Majki poświęcił kiedyś popołudnie na zwiedzanie", więc byłem ciekawy widoku. Nie byłem jednak zupełnie przygotowany na to, co zobaczyłem. Zjeżdżaliśmy wijącą się drogą i nagle po drugiej stronie wąwozu pojawiły się budynki przyklejone do pionowej skalnej ściany. Miasto wybudowane jest właściwie w pionie i jest tam tylko jedna ulica - bez żadnych bocznych uliczek. Gdy późnym wieczorem wracaliśmy z nurkowania okazało się, że co ciekawsze budynki są podświetlane i efekt robi jeszcze większe wrażenie niż w dzień. Generalnie, krajobrazowo cały region jest niezwykle atrakcyjny. Ponieważ jaskinie rozrzucone są na obszarze kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, koniecznością są nawet kilkudziesięciominutowe przejazdy, co jednak chyba nikogo nie nuży, bo to świetna okazja do zobaczenia lokalnych atrakcji. Dawno nie miałem wrażenia, że jestem w miejscu, gdzie mógłbym po prostu jechać bez określonego celu, skręcać w losowo wybierane drogi i co kilkanaście kilometrów odkrywać urokliwe miasteczka zaskakujące jakimś elementem architektury lub po prostu swoim klimatem zapraszającym do choćby krótkiego odpoczynku w zacienionej kafejce przy niewielkim rynku.

Turystyka była jednak tylko naszym pobocznym zajęciem, po przecież przyjechaliśmy do Francji nurkować, a po naszym egzaminacyjnym nurkowaniu mieliśmy czas na własne akcje turystyczno-poznawcze. Zaczęliśmy od Ressel i skuterowego nurkowania do słynnego shaftu, czyli wielkiej studni zaczynającej się na głębokości około 30 metrów w odległości 400 metrów od wejścia. Do dyspozycji mieliśmy jeden, ale za to mocny skuter, do którego niezastąpionym silver-tape'em przymocowaliśmy kamerę video Roberta i na takiej piekielnej maszynie ruszyliśmy na nasze pierwsze samodzielne nurkowanie jaskiniowe. Do shaftu dopłynęliśmy lewym, górnym korytarzem, opadliśmy na 45 metrów otoczeni pięknym skalnym pierścieniem, a ponieważ zaplanowane limity nurkowania na to pozwalały, popłynęliśmy jeszcze kawałek w głąb jaskini i osiągnęliśmy odległość około 450 metrów od otworu. Wracaliśmy dolnym korytarzem i na powierzchni byliśmy po prawie dziewięćdziesięciu minutach od zanurzenia. To było bardzo udane nurkowanie, więc w drodze powrotnej zaatakowaliśmy lokalny market, a konkretnie naszą ulubioną półkę z regionalnymi winami za 2,50 EUR. Zanim jednak mogliśmy się nimi nacieszyć, zrobiliśmy jeszcze wspólnie z Majkim i Margitą rekonesansowe nurkowanie w Fontaine du Truffe. Po raz pierwszy mieliśmy się okazję przeciskać przez restrykcję na wejściu do jaskini, a potem zobaczyliśmy najbardziej przejrzystą wodę z dotąd odwiedzanych jaskiń. Miejscami nie było jej widać, nic więc dziwnego, że postanowiliśmy wrócić tam następnego dnia i zaatakować rzadko odwiedzany trzeci syfon.

Pamiętając ostrzeżenia Majkiego na temat części suchej pomiędzy drugim i trzecim syfonem "Trufli", w drodze do jaskini zatrzymaliśmy się na zakupy, dzięki którym nasz ekwipunek wzbogacony został w mocne nakolanniki wykonane z gumowych wycieraczek do butów i mocowane niezastąpionym silver-tape'em. Pod wodę zabraliśmy również saperkę - tak na wszelki wypadek - oraz kamerę Roberta, dzięki czemu powstał materiał dokumentujący to nurkowanie:
http://www.youtube.com/watch?v=pmLJ3w4Rk94

W jaskini spędziliśmy prawie cztery godziny wykonując w tym czasie sześć nurkowań w trzech pierwszych syfonach tej groty oraz zwiedzając części suche. Szczególne wrażenie zrobiło na nas przejście pomiędzy drugim i trzecim syfonem, ponieważ trzeba je było pokonywać na kolanach, z całym sprzętem na sobie. Gdyby nie wcześniej przygotowane nakolanniki, nasze skafandry zostałyby niechybnie podziurawione przez ostre skały znajdujące się na spągu jaskini. Umęczyliśmy się nieźle podczas tego przejścia, a Robert zaimponował mi determinacją filmowca, bo przeciągnął również kamerę w ciężkiej podwodnej obudowie, ale dzięki temu powstał materiał z tego rzadko odwiedzanego przez nurków syfonu.

Biedny instruktor ;)

Podsumowując, cały wyjazd był niezwykle udany. Nie dość, że odwiedziliśmy od dawna wymarzone miejsca, łyknęliśmy solidną dawkę jaskiniowej wiedzy i praktyki, to jeszcze stworzyliśmy zespół, w którym czuliśmy się pewnie i bezpiecznie. Nie udało nam się tylko zanurkować w słynnej Trou Madame - wszyscy, którzy w tym okresie byli tam przed nami odradzali nurkowanie ze względu na bardzo niski stan wody. Zostawiliśmy więc tę jaskinię na następny raz, bo przecież po coś wrócić tam trzeba, a to, że wrócimy nie ulega najmniejszej wątpliwości.

W wyprawie udział wzieli:
Kuba Jacewicz
Robert Rayski
Margita Ślizowska
Waldemar Reinberger
Michał Winek

tekst: Kuba Jacewicz
foto: Margita Ślizowska

Pragniemy podziękować firmie SCANTEK Sp. z o.o. oraz SeaMonster za pomoc w realizacji tego projektu.